Niektóre drogi zaczynają się na długo przed pierwszym krokiem.
Są miejsca, które najpierw poznajemy z opowieści. Wracają do nas w rozmowach, zdjęciach i wspomnieniach innych ludzi, aż w końcu zaczynają żyć w naszej wyobraźni. Tak było ze mną i Trzema Świętymi Górami Pomorza.
O Rowokole, Świętej Górze Polanowskiej i Górze Chełmskiej słyszałam przez lata od Eli Rosiak. Opowiadała o nich z taką pasją, że trudno było pozostać obojętnym. Nie mówiła tylko o miejscach. Mówiła o Drodze. O ludziach. O pielgrzymowaniu, które zmienia człowieka.
Kilka lat temu udało mi się dotknąć tego świata. W ramach odpustu przeszłam krótki odcinek ze Świętej Góry Polanowskiej do Karsinki. Była wspólna Msza Święta, spotkanie z mieszkańcami i ten niezwykły klimat gościnności, który zostaje w pamięci na długo. A jednak wracałam z poczuciem niedosytu.
Najbardziej zapadła mi w serce Święta Góra Polanowska. Nie potrafiłam wtedy wytłumaczyć dlaczego. Po prostu czułam, że to miejsce ma w sobie coś wyjątkowego. Jakąś ciszę, siłę i obecność, których nie da się zmierzyć ani opisać. To było jedno z tych miejsc, do których człowiek wie, że kiedyś wróci.
Mijały kolejne lata. Praca, obowiązki, nowe projekty. Jak to zwykle bywa – ciągle brakowało czasu.
Aż tej zimy, podczas rekolekcji, znów rozmawiałam z Elą. Oczywiście znów opowiadała o swoich górach. Słuchałam jej i nagle pomyślałam: a może właśnie teraz? Przecież we wrześniu czeka mnie Camino w Hiszpanii. Osiem dni marszu po Pomorskiej Drodze św. Jakuba mogłoby być świetnym przygotowaniem.
Dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie tamtej myśli.
Bo ta pielgrzymka nie była treningiem.
Nie była sprawdzianem kondycji przed hiszpańskim Camino.
Stała się czymś znacznie większym.
Była drogą, która nie tylko przygotowała moje nogi do kolejnych kilometrów, ale przede wszystkim napełniła serce. Przyniosła spotkania, których nie da się zaplanować, miejsca, których nie sposób zapomnieć, i doświadczenia, które zostają z człowiekiem znacznie dłużej niż odciski na stopach.
Dopiero po jej zakończeniu zrozumiałam, że czasem wydaje nam się, iż przygotowujemy się do kolejnej Drogi. Tymczasem to właśnie ta, na którą ruszamy „tylko na próbę”, okazuje się jedną z najważniejszych.
Dzień 1 – Wszystko zaczyna się od pierwszego kroku
Każda pielgrzymka ma swój początek. Nie tylko ten zaznaczony na mapie, ale przede wszystkim ten, który rodzi się w sercu.
Nasza rozpoczęła się w Smołdzinie od Mszy Świętej. Nie było pośpiechu. Była modlitwa, błogosławieństwo i świadomość, że przez najbliższych osiem dni to Droga będzie wyznaczała rytm naszych dni. Przed nami było około 22 kilometrów.
Pierwszym ważnym miejscem był Rowokół. Od wieków przyciąga pielgrzymów i wędrowców, a z jego wieży roztacza się widok na Słowiński Park Narodowy, jeziora, lasy i pas Bałtyku. To jeden z tych momentów, kiedy warto zatrzymać się na chwilę i po prostu patrzeć.
Już pierwszego dnia nasze muszle św. Jakuba stały się początkiem wielu rozmów. Spotykaliśmy osoby, które rozpoznawały znak Camino, pytały dokąd idziemy i dzieliły się własnymi historiami. Camino bardzo szybko pokazało nam, że tworzą je przede wszystkim ludzie.
Dzięki opowieściom Eli poznawałyśmy również historię mijanych miejsc i ich dawnych mieszkańców. Każda miejscowość przestawała być tylko punktem na mapie.
Wieczorem dotarłyśmy do Rowów, gdzie czekał na nas pierwszy nocleg u przyjaciółki Eli. Wspólny posiłek, rozmowy i serdeczne przyjęcie były pięknym zakończeniem pierwszego dnia. Jeszcze przed snem nawiedziłyśmy kościół św. Jakuba, powierzając Bogu kolejne etapy naszej Drogi.
Dzień 2 – Wiatr nie pyta, czy jesteś gotowy
Drugi dzień miał zupełnie inne oblicze.
Od rana nad Bałtykiem szalał huraganowy wiatr. Na otwartych odcinkach między Rowami a Ustką każdy krok wymagał wysiłku. Przed nami było 26 kilometrów.
Piasek był dosłownie wszędzie – w butach, kieszeniach, plecakach i kapturach. Patrząc dziś na zdjęcia, uśmiecham się. Wtedy myślałam tylko o tym, żeby zrobić kolejny krok.
Wieczorem dotarłyśmy do Ustki. Na zakończenie dnia uczestniczyłyśmy w pierwszopiątkowej Eucharystii i modliłyśmy się przy relikwiach św. Jana Pawła II, który przypomniał Europie o znaczeniu dawnych dróg pielgrzymkowych.
Tego dnia Camino po raz pierwszy zapytało: „Czy naprawdę chcesz iść dalej?”
Naszą odpowiedzią był każdy kolejny krok.
Dzień 3 – Dzień spotkań
Trzeciego dnia ruszyłyśmy z Duninowa, gdzie nocowałyśmy na gościnnej plebanii, do Słupska. Do przejścia miałyśmy 23 kilometry.
To był dzień spotkań. Dołączyła do nas koleżanka Agnieszka z Gdańska, która postanowiła przejść z nami weekendowy odcinek Drogi, a także Małgosia i Tadeusz z Lęborka – doświadczeni caminowicze. Wspólnie wymienialiśmy się doświadczeniami z polskich dróg św. Jakuba oraz rozmawialiśmy o tym, jak promować i rozwijać kult św. Jakuba oraz Camino w Polsce.
Po drodze zatrzymałyśmy się również w pięknej Dolinie Charlotty.
Wieczorem uczestniczyłyśmy we Mszy Świętej w Słupsku. W kruchcie kościoła zatrzymały nas tablice upamiętniające mieszkańców Kresów, którzy po II wojnie światowej osiedlili się na tych ziemiach. Spacerując później po centrum miasta trudno było nie zauważyć, jak bardzo wojna zmieniła jego oblicze. Dawna zabudowa niemal całkowicie zniknęła. Przetrwał kościół, a otaczająca go zabudowa jest już współczesna. To skłaniało do refleksji nad historią tych miejsc.
Dzień 4 – Deszcz uczy wytrwałości
Kolejny dzień rozpoczęłyśmy Mszą Świętą w Sanktuarium św. Józefa w Słupsku.
Od rana niemal nieustannie towarzyszył nam deszcz. Do przejścia było 28 kilometrów. Mokre ścieżki, zarośnięte drogi, pokrzywy i błoto sprawiały, że każdy kilometr wymagał wysiłku.
Po drodze zatrzymałyśmy się na chwilę modlitwy w pięknym XV-wiecznym kościele w Zębowie.
Mimo trudnych warunków zachwycały nas urokliwe wsie, zadbane obejścia i piękno pomorskiej przyrody. W Pałowie zobaczyłyśmy, jak wiele serca mieszkańcy wkładają w swoje otoczenie.
Wieczorem spotkała nas niezwykła niespodzianka. Zostałyśmy zaproszone na rodzinny, niedzielny obiad. Po całym dniu marszu taki gest pozostaje w sercu na bardzo długo.
Dzień 5 – Królewski finał dnia
Piątego dnia wyruszyłyśmy ze Sławna do Krągu. Do przejścia było 24 kilometry.
Już rano podczas Mszy Świętej poznałyśmy caminowicza – znajomego jednej z uczestniczek naszej pielgrzymki. Pomógł nam odnaleźć właściwy przebieg szlaku, bo Droga, jak życie, czasem się zmienia, a oznakowanie nie zawsze nadąża za rzeczywistością.
Po drodze towarzyszyły nam deszcz i słońce, a celem dnia był Krąg i zamek Podewils.
Było to kolejne spotkanie z historią tych ziem – tym razem dawnych właścicieli zamku i ich dziedzictwem.
Wieczór zakończyłyśmy w prawdziwie królewskim stylu, odpoczywając w zamku położonym nad malowniczym Jeziorem Zamkowym.
Dzień 6 – Miejsce, do którego chciałam wrócić
Szósty dzień był jednym z najkrótszych – tylko 17 kilometrów – ale jednocześnie jednym z najbardziej poruszających.
Naszym celem była Święta Góra Polanowska i pustelnia franciszkańska, o której przez lata słyszałam od Eli.
Tam przywitał nas gospodarz tego miejsca – franciszkanin ojciec Janusz, który od ponad dwudziestu lat z ogromnym oddaniem tworzy wyjątkową atmosferę tego kościoła.
Podczas wieczornej Eucharystii szczególnie poruszyła mnie modlitwa przy ikonie błogosławionej Rodziny Ulmów.
Ich historię znałam już wcześniej. Odwiedziłam muzeum w Markowej, miejscu, gdzie żyli i oddali swoje życie, ratując żydowskich sąsiadów podczas II wojny światowej. Modlitwa przed ich ikoną właśnie tutaj była dla mnie niezwykle osobistym doświadczeniem.
Ten wyjątkowy wieczór dopełnił przejmujący śpiew caminowiczki Magdaleny Mrówczyńskiej. Jej głos wypełnił pustelniczą kaplicę i sprawił, że liturgia na długo pozostanie w mojej pamięci.
Dzień 7 – Wdzięczność
Przedostatni dzień był najdłuższy. Ze Świętej Góry Polanowskiej do Wyszewa miałyśmy do przejścia 30 kilometrów.
Na szczęście pogoda wreszcie pozwoliła nam odetchnąć. Było słonecznie, spokojnie i tylko lekki wiatr towarzyszył naszej wędrówce.
Dotarłyśmy do Karsinki, gdzie przy figurze św. Jakuba zostaliśmy serdecznie przyjęci przez gospodarzy tego miejsca i zaproszeni na wspólny obiad.
Tego dnia najczęściej powracało do mnie jedno słowo – wdzięczność.
Wdzięczność za ludzi, których spotykałyśmy.
Za ich życzliwość.
Za otwarte domy i serca.
Drugim słowem był las.
Niekończący się las. Droga i las. Kilometry wśród drzew, ciszy i śpiewu ptaków.
To był dzień, w którym najmocniej poczułyśmy zarówno trud pielgrzymowania, jak i ogromną radość płynącą z samego bycia w Drodze.
Dzień 8 – Każdy koniec jest początkiem
Ostatni etap prowadził z Wyszewa na Górę Chełmską w Koszalinie. Do przejścia było 17 kilometrów.
Od rana towarzyszyło nam słońce. Mijałyśmy lasy pełne jagód i malin, ciesząc się każdym kolejnym kilometrem.
Towarzyszyły nam dwie emocje.
Radość, że udało się przejść całą Drogę.
I smutek, że ta wspólna pielgrzymka dobiega końca.
Na Górze Chełmskiej zatrzymałyśmy się na modlitwie przed Matką Bożą, dziękując za zdrowie, bezpieczeństwo oraz możliwość przeżycia tej niezwykłej pielgrzymki.
Patrząc wstecz, czułam przede wszystkim ogromną wdzięczność. Za ludzi, których spotkałyśmy. Za miejsca, które nas zachwyciły. Za rozmowy, wspólny śmiech, modlitwę i wszystkie doświadczenia, które przyniosła nam ta Droga.
C.D.N.
Kiedy kilka miesięcy temu pomyślałam o tej pielgrzymce, wydawało mi się, że będzie tylko przygotowaniem do wrześniowego Camino w Hiszpanii.
Dzisiaj wiem, jak bardzo się myliłam.
Nie przygotowywałam się do Drogi.
Ja już na niej byłam.
Pomorska Droga św. Jakuba po raz kolejny pokazała mi, że Camino nie mierzy się kilometrami. Można przejść tysiąc kilometrów i niewiele z nich zapamiętać. Można też przejść niespełna dwieście, a wrócić odmienionym.
Przez osiem dni spotykałyśmy ludzi, którzy otwierali przed nami swoje domy, zapraszali do stołu, pomagali odnaleźć właściwą drogę, dzielili się swoją historią i swoją wiarą.
Były chwile zmęczenia, deszcz, wiatr i długie kilometry. Były chwile ciszy, zachwytu i wzruszenia.
Ale gdy dziś zamykam oczy, nie pamiętam przede wszystkim odległości.
Pamiętam twarze.
Pamiętam rozmowy.
Pamiętam życzliwość.
I właśnie dlatego wierzę, że Camino nie kończy się tam, gdzie stoi ostatni drogowskaz.
Ono trwa dalej – w człowieku.
Buen Camino!
Justyna Pokrzywnicka











































































